
O co chodzi? Ano o to, że pewne mądre głowy uznały, iż dotychczas stosowane w ogłoszeniach o prace określenia stanowisk sugerują płeć pożądanego kandydata, dyskryminując osoby płci przeciwnej. Anons: „Potrzebny korektor języka angielskiego” miałby bowiem rzekomo zniechęcać panie, a „Kelnerka poszukiwana” – panów. O innych „tożsamościach płciowych” nie mówiąc…
Od teraz za użycie określenia „pracownik”, ogłoszeniodawcy grozi niemała grzywna. Ma być: „pracownik lub pracownica”, a najlepiej – o zgrozo! – „osoba pracownicza” (w jednej z krakowskich uczelni już można podziwiać obwieszczenia adresowane do „osób studenckich”!). Przedsiębiorca, który się nie dostosuje i nadal niefrasobliwie będzie stosował obecne w polszczyźnie od wieków rodzaje gramatyczne, może dostać mandat od Państwowej Inspekcji Pracy, grzywnę sądową (nawet do 30 tys. złotych), a w skrajnych przypadkach – pozew o dyskryminację i odszkodowanie.
Czy komuś się nudzi, czyli po co to wszystko?
Oficjalnie neutralność płciowa w ogłoszeniach ma być elementem walki o równość i antydyskryminację. Rzekomy cel: poprawa wizerunku rynku pracy, usunięcie barier językowych dla kobiet, osób „niebinarnych” itp.
Problem w tym, że w polszczyźnie mamy rodzaje gramatyczne: męski, żeński i nijaki. Tymczasem nowe przepisy zdają się im przeczyć, a wręcz próbują je wymazać pod pretekstem modnej ostatnio „inkluzywności”.
Reakcje na nowe przepisy są niemal wyłącznie negatywne – trudno bowiem uznać którykolwiek z przytaczanych argumentów za rozsądny.
Zarzuty
- Nienaturalność i zaciemnienie przekazu – zamiast ułatwiać komunikację, nowe przepisy zdają się tylko wprowadzać dodatkowy szum.
- Ideologizacja codziennych komunikatów – ogłoszenie o pracy staje się deklaracją płciową, a nawet światopoglądową.
- Nieprzystawanie do języka polskiego – neutralność płciowa w języku urzędowym i ogłoszeniowym to trend zapożyczony z krajów anglosaskich, gdzie język (w przeciwieństwie do polskiego) faktycznie bywa płciowo niejednoznaczny.
- Oderwanie od realnych problemów – język staje się polem walki zastępczej: zamiast skupić się na prawdziwych problemach, jak luki płacowe czy mobbing, biurokraci wytoczyli wojnę… językowym końcówkom!
- Nadgorliwość legislacyjna – dziwne poczucie, że tego typu bzdurne przepisy generują urzędnicy panicznie poszukujący uzasadnienia własnego istnienia na zajmowanych i opłacanych z naszych pieniędzy stanowiskach…
- Absolutna nieefektywność – żaden normalny kandydat raczej nie poczuje się dotknięty, a tym bardziej nie zrezygnuje z aplikowania z powodu rodzaju gramatycznego ogłoszenia.
- Permisywizm, czyli nadtolerancja dla dziwactw – ideą nowych przepisów było również poszanowanie wszystkich – także osób nieidentyfikujących się jednoznacznie jako kobieta lub mężczyzna – i uniknięcie poczucia wykluczenia. Takie signum temporis i „netfliksyzacja” społeczeństwa – wmawianie ludziom, że odmienności psychiczne są czymś naturalnym i powinny być chronione, choćby kosztem osób normalnych.
- Podsycanie napięć – trudno oprzeć się wrażeniu, że autorzy nowych regulacji, wdrażanych pod szczytnym hasłem „równości”, robią coś zgoła odwrotnego, bo raczej jątrzą i budzą niezdrowe i zupełnie niepotrzebne spory.
Efekt? Zamiast równości – konfuzja. Zamiast empatii – wysyp memów. Zamiast spokoju i powagi – powstawanie komicznych potworków. I zdumienie, że naszym krajem naprawdę rządzą ludzie, którzy – odwołując się do klasyki gatunku – bohatersko generują problemy nieznane w normalnym świecie po to tylko, by móc z nimi dzielnie walczyć…
Kto to wymyślił?
Za wprowadzenie obowiązku neutralności płciowej w ogłoszeniach o pracę w Polsce odpowiada Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Agnieszka Dziemianowicz‑Bąk (Nowa Lewica), przy wsparciu koalicyjnej większości w Sejmie.
Zapamiętajmy!
PS Interesujące i wartościowe? Udostępnij – niech Twoi znajomi również przeczytają.
